Kanały:
Wpisy
Komentarze

Rysio

Klaudia

Mały urwis pochodzący z Rycerki Dolnej.

Używany przez nas aparat (szczęście, że nie jedyny) Alfa 200 uległ awarii. Zrozumiałe, że w końcu musiał – w końcu jest używany prawie dwa lata (średnio intensywnie).

Bez wdawania się w zbędne szczegóły opiszę tylko co do tej pory zepsuło się w modelu Alfa 200.

- używany rzadko (kitowy) obiektyw – nie działa AF (padło coś w mechanizmie obiektywu – objawy: chrobotanie w momencie prób ostrzenia)

- wbudowana lampa błyskowa (również używana dość rzadko) nie zawsze odpala – czasem (jeśli już odpali), na zdjęciu brak śladu po błysku (lampa używana w trybie standardowym – bez przed-błysku), dodatkowo często coś nie styka na „gorącej stopce”, co powoduje, że lampa zewnętrzna działa dopiero po „obstukaniu” okolicy stopki na korpusie

- związany częściowo z powyższym – problem z synchronizacją flash/spust migawki (dopóki nie pojawiły się problemy z wbudowaną lampą, nie było to aż tak zauważalne)

Podsumowując – gdybym liczył tylko na jeden aparat, ze standardowym wyposażeniem, miałbym spore problemy. Usterki – przy bardziej intensywnej, niż przeciętna, eksploatacji mają miejsce dość często (wystarczy przejrzeć zagraniczne fora, gdzie co jakiś czas użytkownicy opisują podobne problemy). Widać tutaj wyraźnie, co jest słabym punktem Sony. Miejmy tylko nadzieję, że nowo pojawiające się modele Alfy (dość często ostatnio) są bardziej dopracowane. Tak więc dobrze jest mieć „zastępczy” aparat pod ręką, gdyż sesja zdjęciowa nie może być przerwana. Co by było, gdyby podczas sesji plenerowej miejsce miała poważniejsza awaria? Nie pierwszy raz odnoszę wrażenie, że kiedyś produkowane aparaty cechowała większa trwałość (… raczej nie zaryzykuję stwierdzenia, że oczekiwania były mniejsze ;-)).

„Avatar” – recenzja

Jako wybredny kinomaniak, z przekorą wybrałem się na polecany wszem i wobec – mający podbić sukces komercyjny „Titanic’a” i nakręcony z nie mniejszym rozmachem – film w reżyserii James Cameron’a – „Avatar”.

Podczas seansu „mega-produkcji” targały mną różne odczucia. Momentami zastanawiałem się, co może być głupsze – wybuchy i pożary w atmosferze pozbawionej tlenu, czy wszechobecna aluzja do odkrycia Ameryki i traktowania Indian (należy przypomnieć, że gdy tylko jakiś film zawierał podobne niedociągnięcia – vide „Sunshine” czy „Star Wars” – krytycy filmowi prześcigali się w negatywnych opiniach i wytykali je bez opamiętania).

Ciągłe błyski, „zapalające” się fragmenty ściółki dżungli księżyca Pandora trochę mnie drażniły. Twarz głównego bohatera wcielonego w postać avatara, jak i jego realny wizerunek, łączą niezmiernie podobne rysy (ok, traktujmy widza jako idiotę, przecież mógłby mieć problem z odróżnieniem kto jest kim ;-)). W jaki sposób transmitowano „sygnał” do ciała avatara? Na pewno tajną supertechnologią, której nie przeszkadzała woda, gęsta dżungla czy też skały. To tylko niektóre uwagi z mojej strony (szkoda, że nie zabrałem notatnika – byłoby co wymieniać ;-)).

Film sprawia wrażenie zlepka Beowulf, Surrogates i kiepskiego westernu z domieszką niebieskiej skóry (pozwolę sobie na odniesienie do smerfów, które też zamieszkiwały las). Na myśl przychodzi jeszcze Pocahontas (aluzja do wątku miłosnego). Muzyka – wg. mnie – typowa dla tego rodzaju „super-produkcji”. Oszczędzę słów komentarza. Obsada – Sigourney Weaver znacznie lepiej wypadła w pierwszych częściach „Obcego”. Gry pozostałych aktorów nie skomentuję – nie warto.

Reasumując, odnoszę wrażenie, że chyba już wszyscy (mniej lub bardziej) niezależni krytycy filmowi zostali podkupieni do zamieszczania pochlebnych opinii na temat tego filmu. Nie znalazłem dotąd żadnego portalu poświęconemu tematyce filmowej, w którym ktoś odważyłby się (nie licząc widzów oczywiście) podważyć święte słowa specjalistów od PR (nie wyłączając z tego filmweb.pl [1], w którym – nawiasem mówiąc – przedstawiana jest ocena … 9,01 na przeszło 5500 głosów). Oczywiście to ludzie odają głos na film. Wielu z nich (ludzi) bezmyślnie przyjmuje narzuconą z góry ocenę i dalej ją przekazuje (również w postaci zachwytów nad realizacją). Co potrafi dobry marketing… :-).

Przypomina mi się bajka o królu który jest nagi. Nie dajmy sobie wmówić – ten film to kicz. Może liczba (i jakość) efektów specjalnych zachwyci dzieci i mniej wymagających koneserów kina, jednak jeśli ktoś liczy na dzieło w stylu „Obcego” lub „Łowcy androidów”, to pewnie się rozczaruje. Moje odczucia są takie, że jest to amerykańska, „plastikowa” papka dla amatorów. Zdecydowanie nie polecam pójścia do kina, chyba że lubimy prostą fabułę, efekty specjalne i hollywoodzkie zakończenia.

[1] http://avatar.filmweb.pl/f299113/Avatar,2009/recenzje

PS. Z jakiegoś powodu, po powrocie z seansu, nasz kot otrzymał ode mnie ksywkę „Avatar”. Czyżby te specyficzne grymasy twarzy głównych bohaterów aż tak utkwiły mi w pamięci?

Jakiś czas temu postanowiłem zainwestować w lustrzankę lepszej klasy, niż posiadana przeze mnie obecnie.

Po wielu tygodniach analiz, czytania recenzji, porównywania przykładowych zdjęć w Internecie, sprawdzania wyników na kartach testowych, wybór padł na kompromis między ceną i jakością – Sony Alfa 700.

Dotychczasowe doświadczenia z aparatami marki Sony (wcześniej Minolta) napawały mnie trochę obawami – zwłaszcza jeśli o balans bieli i AF chodzi. O ile Minolta A200 dość dobrze odwzorowywała kolory (AFAIR) (z ostrzeniem też nie miała większych problemów), to już Sony Alfa 200 sprawiała wrażenie, że ma z tym kłopot. Również AF (w przypadku tego ostatniego modelu) mógłby działać sprawniej (w niektórych warunkach „aparat” czasem „głupieje” i ostrzy w „nieskończoność”). Odwzorowania kolorów są nienaganne (jak dla mnie – wystarczające).

Wybrany przeze mnie model Alfa 700 zaskoczył mnie bardzo. Niestety negatywnie. Pierwsza sesja tym aparatem była nieudana. Większość zdjęć była baaardzo przepalona. Na miejscu posiłkowałem się innym sprzętem, próbując od czasu do czasu szukać przyczyny przepaleń w A700 (zdjęcia wykonywane głównie w trybie preselekcji przesłony). Na początek zresetowałem wszystkie ustawienia (przywróciłem ustawienia fabryczne) z obawy, że „ktoś” nim eksperymentował. Zmiana trybu pomiaru światła niewiele pomagała. Jedyny sensowny rezultat otrzymałem przez zastosowanie bracketingu - właściwie skończyło się na tym, że przez dłuższy czas pracowałem na korekcji ekspozycji (w miarę zadowalające rezultaty przyniosła korekcja -0.7EV).

Wykonanie zdjęcia na równomiernie oświetlonej kartce białego papieru i analiza histogramu dała szybką odpowiedź – rozkalibrowany czujnik pomiaru światła.

Nie miałem czasu na oddanie aparatu do serwisu, dopóki sytuacja, która wymusiła na mnie zastosowanie większej wartości przesłony, spowodowała niemiłe zaskoczenie. Tłuste zabrudzenia na matrycy, bo o tym piszę, wprawiły mnie w konsternację. Obiektyw zmieniany był tylko raz (po zakupie). Musiałbym mieć prawdziwe „szczęście” aby zabrudzić matrycę.

Zdecydowałem się na oddanie aparatu do serwisu. Muszę pochwalić serwis Sony w Polsce. Aparat wysłano do serwisu w poniedziałek – w piatek był z powrotem u mnie. Kalibrację czujnika pomiaru światła i czyszczenie matrycy wykonano w ramach gwarancji – bezpłatnie.

Jedyne czego mogę się doczepić (w przypadku tej lustrzanki), to niestety – odwzorowanie kolorów – mogło by być lepsze. To, na co chciałbym zwrócić uwagę, to (być może) nieszczelny korpus lub inna wada „linii produkcyjnej” Sony. Nie spotkałem się nigdy z takim problemem (bezpośrednio po zakupie) w przypadku innych lustrzanek (Canon/Nikon). Z kolei na kilku forach czytałem opisy podobnych problemów, zwłaszcza jeśli o zabrudzenie matrycy chodzi (problem ten miał też znajomy – w jego przypadku z Alfą 200). Może to oznaczać, że ktoś nieuważnie (obsługa kilku sklepów? Potencjalni klienci? ;-)) obchodził się ze sprzętem, albo była to „wada” fabryczna. Oczywiście problem może leżeć też w szczelności obiektywu. Trudno jednak zajmować się dochodzeniem przyczyn. Jako konsument oceniam.

Poniżej zamieszczam test aparatów marki Sony, z którymi miałem okazję pracować:

[1] http://www.fotopolis.pl/index.php?n=7075 (test Alfa 200)
[2] http://www.fotopolis.pl/index.php?n=6510 (test Alfa 700)

Przyszedł czas na fotografię z wykorzystaniem szarego tła … :-) Poniżej wynik eksperymentu.

Marcin JURASZ, Basia RDUCH

Witam Wszystkich Gości,

Niniejszy blog należy do dwójki fascynatów fotografią – Marcin JURASZ i Basia RDUCH.

W fotografii kierujemy się słowami Roberta Bresson:

„Fotografując staraj się pokazać to, czego bez ciebie nikt by nie zobaczył.” | „Make visible what, without you, might perhaps never have been seen.”

Równolegle do naszych stron domowych (www.jurasz.net | www.fotografia-okolicznosciowa.pl) będziemy publikować tutaj nasze fotografie.

Pojawią się tutaj również ciekawe artykuły dotyczące doświadczeń z fotografią.

Zapraszamy serdecznie!